Małe nadużycie tego formatu. Moja wolność artystyczna.
Maleńki fragment tego przemówienia krążył gdzieś na Facebooku lub Instagramie. Poszukałem i znalazłem tekst swobodnie dostępny w formacie PDF. Jak zapewne większość ludzi, czytam dziś większość rzeczy na telefonie. Format PDF jest do tego już całkiem pokaźną udręką. Sam tekst oczywiście również. Z powodu swojej długości. Swojego języka. Słów, których częściowo już dziś się nie używa. Ale także z powodu wymagań zawartych w sformułowaniach i niekiedy mocno zawiłych zdaniach. Dziś już się tak nie pisze ani nie mówi. Być może wynika to również z tego, że wszyscy staliśmy się głupsi.
Dlaczego ten tekst? Przemówił do mnie na wiele sposobów. Piękno języka i estetyka wywodu. Różnorodność aspektów tego tematu. Wiele rzeczy, których dziś nie wolno by już było albo nie dałoby się tak napisać. Które właśnie dzięki temu niosą też historię. I wreszcie jego końcowe rozważania o znaczeniach. Bo to przecież także mój temat.
Nie mam pojęcia, jak ten tekst czyta się w innych językach... to też eksperyment.
Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Kto dziś waży się mówić o głupocie, naraża się na szkody rozmaitego rodzaju; można mu to poczytać za zarozumiałość, a nawet za zakłócanie współczesnego rozwoju. Sam już przed kilkoma laty napisałem: »Gdyby głupota nie była łudząco podobna do postępu, talentu, nadziei lub poprawy, nikt nie chciałby być głupi.«
Było to w 1931 roku; i nikt nie odważy się wątpić, że świat także od tamtej pory widział postępy i ulepszenia! W ten sposób pytanie nabiera stopniowo pewnej niecierpiącej zwłoki pilności: czym właściwie jest głupota?
Nie chciałbym również pomijać tego, że jako poeta znam głupotę znacznie dłużej; mógłbym nawet powiedzieć, iż nieraz pozostawałem z nią w stosunkach koleżeńskich! A gdy tylko człowiek otwiera oczy w poezji, staje ponadto wobec niemal nieopisanego oporu, który zdaje się móc przybrać każdą postać:
czy to osobistą, jak na przykład godna postać profesora historii literatury, który, przywykły celować na odległości niedające się skontrolować, w teraźniejszości chybia ze zgubnymi skutkami;
czy też zwiewnie ogólną, jak przemiana sądu krytycznego przez handlowy, odkąd Bóg w swej trudnej dla nas do pojęcia dobroci obdarzył ludzką mową również producentów filmów dźwiękowych.
Już wcześniej raz czy drugi opisywałem więcej takich zjawisk; ale nie trzeba tego powtarzać ani uzupełniać (a najwyraźniej byłoby to wręcz niemożliwe wobec skłonności do wielkości, którą wszystko dziś posiada): Wystarczy jako pewny wynik podkreślić, że nieartystyczna konstytucja narodu objawia się nie dopiero w złych czasach i w brutalny sposób, lecz już w dobrych i na wszelkie sposoby, tak że ucisk i zakaz różnią się tylko stopniem od doktoratów honoris causa, nominacji akademickich i rozdawania nagród.
Zawsze podejrzewałem, że ten wielopostaciowy opór narodu chlubiącego się umiłowaniem sztuki przeciw sztuce i subtelniejszemu duchowi jest niczym innym jak głupotą, może szczególnym jej rodzajem, szczególną głupotą artystyczną, a być może także głupotą uczuciową; w każdym razie przejawia się tak, że to, co nazywamy pięknoduchostwem, byłoby zarazem pięknogłupstwem. I również dziś nie widzę zbyt wielu powodów, by odstąpić od tego poglądu.
Oczywiście nie wszystko, co zniekształca tak na wskroś ludzką sprawę jak sztuka, można zrzucić na głupotę; jak nauczyły nas zwłaszcza doświadczenia ostatnich lat, musi pozostać miejsce także dla rozmaitych form bezcharakterności.
Nie należałoby jednak zarzucać, że pojęcie głupoty nie ma tu nic do rzeczy, ponieważ odnosi się do intelektu, nie do uczuć, sztuka zaś zależy właśnie od nich.
Byłby to błąd.
Nawet rozkosz estetyczna jest sądem i uczuciem. Proszę więc o pozwolenie, by do tej wielkiej formuły, zapożyczonej od Kanta, dodać nie tylko przypomnienie, że Kant mówi o estetycznej władzy sądzenia i sądzie smaku, lecz także od razu powtórzyć antynomie, do których ona prowadzi:
Teza: Sąd smaku nie opiera się na pojęciach, gdyż w przeciwnym razie można by o nim dysputować (rozstrzygać dowodem).
Antyteza: Opiera się na pojęciach, gdyż w przeciwnym razie nie można by się o niego nawet spierać (dążyć do porozumienia).
A teraz chciałbym zapytać, czy podobny sąd z podobną antynomią nie leży również u podstaw polityki i zamętu życia w ogóle? I czy tam, gdzie zadomowione są sąd i rozum, nie można oczekiwać także ich sióstr i siostrzyczek, rozmaitych postaci głupoty?
Tyle o ich znaczeniu. Erazm z Rotterdamu napisał w swej zachwycającej i do dziś niewyczerpanej »Pochwale głupoty«, że bez pewnych głupstw człowiek nawet nie przyszedłby na świat!
*
Wielu ludzi daje też wyraz poczuciu równie zawstydzającego, co potężnego panowania głupoty nad nami, okazując przyjazne i konspiracyjne zdziwienie, gdy tylko słyszą, że ktoś, komu ufają, zamierza przywołać tę bestię po imieniu.
Doświadczenie to mogłem początkowo obserwować nie tylko na samym sobie, lecz wkrótce poznałem również jego historyczną ważność, gdy podczas poszukiwania poprzedników w opracowywaniu głupoty – poznałem ich zadziwiająco niewielu; lecz mędrcy najwyraźniej wolą pisać o mądrości! – uczony przyjaciel przesłał mi druk wykładu wygłoszonego w 1866 roku, którego autorem był Joh. Ed. Erdmann, uczeń Hegla i profesor z Halle.
Wykład ten, zatytułowany »O głupocie«, rozpoczyna się od stwierdzenia, że już jego zapowiedź przyjęto śmiechem; a odkąd wiem, że coś takiego może się przytrafić nawet hegeliście, jestem przekonany, iż w takim zachowaniu ludzi wobec tych, którzy chcą mówić o głupocie, jest coś szczególnego, i czuję się bardzo niepewnie w przekonaniu, że rzuciłem wyzwanie potężnej i głęboko dwoistej sile psychologicznej.
Dlatego wolę od razu wyznać słabość, w jakiej się wobec niej znajduję: Nie wiem, czym ona jest. Nie odkryłem żadnej teorii głupoty, z pomocą której mógłbym się ważyć na zbawienie świata; ba, nawet w granicach naukowej powściągliwości nie znalazłem badania, które uczyniłoby ją swoim przedmiotem, ani choćby zgody, która siłą rzeczy wyłoniłaby się w odniesieniu do jej pojęcia przy rozpatrywaniu rzeczy pokrewnych. Może to wynikać z mojej niewiedzy, lecz bardziej prawdopodobne jest, że pytanie »Czym jest głupota?« równie mało odpowiada dzisiejszym nawykom myślowym jak pytania, czym są dobroć, piękno czy elektryczność.
Mimo to pragnienie ukształtowania tego pojęcia i udzielenia możliwie trzeźwej odpowiedzi na takie wstępne pytanie całego życia ma niemałą siłę przyciągania; dlatego i ja pewnego dnia padłem ofiarą pytania, czym głupota jest »naprawdę«, a nie jak się prezentuje, choć opisanie tego drugiego byłoby raczej moim zawodowym obowiązkiem i umiejętnością. A ponieważ nie chciałem ratować się poetycko ani nie mogłem uczynić tego naukowo, spróbowałem w sposób najbardziej naiwny, jak to w takich przypadkach zawsze leży pod ręką: Po prostu prześledziłem użycie słowa głupi i jego rodziny, wyszukałem najpospolitsze przykłady i starałem się połączyć ze sobą to, co właśnie zapisywałem.
Taka metoda ma niestety zawsze w sobie coś z polowania na bielinki kapustniki: To, co sądzi się obserwować, śledzi się wprawdzie przez pewien czas, nie tracąc tego z oczu, lecz ponieważ z innych stron nadlatują dokładnie takimi samymi zygzakowatymi drogami inne, bardzo podobne motyle, wkrótce nie wiadomo już, czy wciąż podąża się za tym samym. Tak więc także przykłady z rodziny głupoty nie zawsze pozwolą rozróżnić, czy rzeczywiście wiążą się jeszcze ze sobą u samych źródeł, czy tylko zewnętrznie i niepostrzeżenie prowadzą obserwację od jednego do drugiego; i nie będzie wcale łatwo zebrać je pod jednym kapeluszem, o którym można powiedzieć, że naprawdę należy do głupca.
*
Jak się zacznie, jest w takich okolicznościach niemal obojętne; zacznijmy więc jakkolwiek: Najlepiej chyba od razu od początkowej trudności, że każdy, kto chce mówić o głupocie lub z pożytkiem uczestniczyć w takiej rozmowie, musi założyć o sobie, iż nie jest głupi, a więc wystawia na pokaz, że uważa się za mądrego, choć powszechnie uznaje się to za oznakę głupoty!
Gdy zajmiemy się pytaniem, dlaczego uchodzi za głupie pokazywanie, że jest się mądrym, nasuwa się najpierw odpowiedź, która zdaje się nosić kurz sprzętów przodków: Ostrożniej byłoby nie pokazywać się jako mądry. Prawdopodobnie ta głęboko nieufna, dziś na pierwszy rzut oka zupełnie niezrozumiała ostrożność pochodzi jeszcze z warunków, w których słabszemu rzeczywiście mądrzej było nie uchodzić za mądrego: Jego mądrość mogła zagrozić życiu silniejszego! Głupota natomiast usypia nieufność; »rozbraja«, jak mówi się jeszcze dzisiaj.
Ślady takiej dawnej chytrości i głupiej przebiegłości można rzeczywiście znaleźć jeszcze w stosunkach zależności, gdzie siły są tak nierówno rozłożone, że słabszy szuka ratunku, udając głupszego, niż jest; objawiają się na przykład jako tak zwany chłopski spryt, następnie w obcowaniu służby z państwem noszącym wykształcenie na końcu języka, w stosunku żołnierza do przełożonego, ucznia do nauczyciela i dziecka do rodziców. Tego, kto ma władzę, mniej drażni, gdy słaby nie może, niż gdy nie chce. Głupota doprowadza go nawet »do rozpaczy«, a więc niewątpliwie do stanu słabości!
Z tym doskonale zgadza się fakt, że mądrość łatwo »stawia go w stan bojowy«! Ceni się ją wprawdzie u poddanego, ale tylko dopóty, dopóki łączy się z bezwarunkowym oddaniem. Z chwilą, gdy brakuje jej tego świadectwa dobrego prowadzenia i nie wiadomo, czy służy korzyści panującego, rzadziej nazywa się ją mądrością niż nieskromnością, bezczelnością lub podstępnością; często powstaje też taki stosunek, jak gdyby naruszała co najmniej honor i autorytet panującego, nawet jeśli rzeczywiście nie zagraża jego bezpieczeństwu.
W wychowaniu wyraża się to tym, że buntowniczy, utalentowany uczeń traktowany jest gwałtowniej niż ten, który opiera się z otępienia. W moralności doprowadziło to do wyobrażenia, że wola musi być tym bardziej zła, im lepsza jest wiedza, przeciw której działa.
Nawet wymiar sprawiedliwości nie pozostał całkiem nietknięty tym osobistym uprzedzeniem i zwykle szczególnie niekorzystnie ocenia mądre wykonanie przestępstwa jako »wyrafinowane« i »nieczułe«.
A z polityki niech każdy bierze przykłady tam, gdzie je znajduje.
Ale również głupota – tak zapewne trzeba tu zaoponować – potrafi drażnić i bynajmniej nie uspokaja w każdych okolicznościach.
Krótko mówiąc, zazwyczaj budzi niecierpliwość, lecz w niezwykłych przypadkach także okrucieństwo; a odrażające ekscesy tego chorobliwego okrucieństwa, potocznie nazywanego sadyzmem, dość często ukazują ludzi głupich w roli ofiary.
Wynika to najwyraźniej z tego, że łatwiej niż inni padają łupem okrutnika; ale zdaje się mieć związek także z tym, że ich wyczuwalna ze wszystkich stron bezbronność rozszala wyobraźnię tak, jak zapach krwi rozbudza żądzę polowania, i zwabia ją na pustkowie, gdzie okrucieństwo idzie »za daleko« niemal tylko dlatego, że nigdzie nie znajduje już granicy.
Jest to rys cierpienia w samym sprawcy cierpienia, słabość osadzona w jego brutalności; i choć uprzywilejowane oburzenie zranionego współczucia rzadko pozwala to dostrzec, to jednak także do okrucieństwa, jak do miłości, potrzeba dwojga pasujących do siebie! Omówienie tego byłoby z pewnością dość ważne dla ludzkości tak udręczonej swym »tchórzliwym okrucieństwem wobec słabszych« (tak brzmi chyba również najpowszechniejsze omówienie sadyzmu), jak obecna; lecz ze względu na główną linię śledzonego związku i przy pobieżnym zbieraniu pierwszych przykładów także to, co o tym powiedziano, należy już uznać za dygresję. W sumie nie da się z tego wyciągnąć więcej niż to, że głupio może być chwalić się mądrością, ale także nie zawsze mądrze jest wzbudzać opinię głupca.
Nie można z tego niczego uogólnić; albo jedynym uogólnieniem, które już tutaj byłoby dopuszczalne, musiałoby być stwierdzenie, że najmądrzej byłoby w ogóle zwracać na siebie w tym świecie jak najmniej uwagi! I rzeczywiście tę końcową kreskę pod wszelką mądrością stawiano nierzadko.
Jeszcze częściej jednak z tego mizantropijnego wyniku czyni się użytek tylko połowiczny albo wyłącznie obrazowy i zastępczy; wówczas prowadzi on rozważanie w krąg nakazów skromności i jeszcze szerszych nakazów, nie zmuszając go do całkowitego opuszczenia obszaru głupoty i mądrości.
Zarówno ze strachu przed wydawaniem się głupimi, jak i z obawy przed naruszeniem przyzwoitości wielu ludzi uważa się wprawdzie za mądrych, ale tego nie mówi. A jeśli mimo wszystko czują się zmuszeni o tym mówić, wyrażają to omownie, powiadając o sobie na przykład: »Nie jestem głupszy od innych.«
Jeszcze popularniej jest jak najbardziej bezstronnie i rzeczowo zauważyć: »Mogę chyba powiedzieć o sobie, że posiadam normalną inteligencję.« A niekiedy przekonanie o własnej mądrości wychodzi na jaw także tylnymi drzwiami, jak w powiedzeniu: »Nie dam zrobić z siebie głupca!«
Tym bardziej godne uwagi jest to, że nie tylko ukryty pojedynczy człowiek widzi się w myślach jako nadzwyczaj mądry i dobrze wyposażony, lecz także człowiek działający historycznie, gdy tylko ma ku temu władzę, mówi lub każe mówić o sobie, że jest ponad wszelką miarę mądry, oświecony, godny, wzniosły, łaskawy, wybrany przez Boga i powołany do historii.
Tak, chętnie mówi to także o innym, którego odbiciem czuje się opromieniony. W tytułach i formach zwracania się, takich jak Majestat, Eminencja, Ekscelencja, Magnificencja, Łaskawość i podobne, zachowało się to skamieniałe i niemal nieożywione już świadomością; lecz w pełnej żywotności pojawia się natychmiast znowu, gdy człowiek przemawia dziś jako masa.
Zwłaszcza pewna niższa klasa średnia ducha i duszy jest całkowicie bezwstydna wobec potrzeby wyniosłości, gdy tylko występuje pod ochroną partii, narodu, sekty lub kierunku artystycznego i wolno jej powiedzieć My zamiast Ja.
Z zastrzeżeniem, które rozumie się samo przez się i może pozostać na boku, tę wyniosłość można nazwać także próżnością; i rzeczywiście duszą wielu narodów i państw władają dziś uczucia, wśród których próżność bezsprzecznie zajmuje jedno z pierwszych miejsc. Między głupotą a próżnością istnieje jednak od dawna bliski związek i może daje on wskazówkę. Człowiek głupi sprawia zazwyczaj wrażenie próżnego już dlatego, że brak mu mądrości, by to ukryć; ale właściwie nawet tego nie potrzeba, bo pokrewieństwo głupoty i próżności jest bezpośrednie: Człowiek próżny sprawia wrażenie, że dokonuje mniej, niż mógłby; przypomina maszynę, która wypuszcza parę przez nieszczelność. Stare powiedzenie »Głupota i pycha rosną na jednym drzewie« znaczy tylko tyle, podobnie jak wyrażenie, że próżność »zaślepia«.
To rzeczywiście oczekiwanie mniejszej wydajności wiążemy z pojęciem próżności, ponieważ słowo »próżny« w swym podstawowym znaczeniu oznacza niemal to samo co »daremny«. A tego zmniejszenia wydajności oczekuje się także tam, gdzie w rzeczywistości wydajność istnieje: Próżność i talent nierzadko przecież występują razem; wtedy jednak odnosimy wrażenie, że można by dokonać jeszcze więcej, gdyby próżny człowiek sam sobie nie przeszkadzał. To uporczywie trzymające się wyobrażenie zmniejszenia wydajności okaże się później także najogólniejszym wyobrażeniem, jakie mamy o głupocie.
Jak wiadomo, próżnego zachowania unika się jednak nie tylko dlatego, że może być głupie, lecz przede wszystkim również jako naruszenia przyzwoitości. »Samochwała śmierdzi«, głosi dosadne powiedzenie, i oznacza, że chełpliwość, częste mówienie o sobie i chwalenie się uchodzą nie tylko za niemądre, ale i nieprzyzwoite.
Jeśli się nie mylę, naruszone w ten sposób wymogi przyzwoitości należą do rozmaitych nakazów powściągliwości i zachowywania dystansu, których przeznaczeniem jest oszczędzanie miłości własnej, przy założeniu, że u kogoś innego nie jest ona mniejsza niż u nas. Takie nakazy dystansu zwracają się również przeciw używaniu zbyt otwartych słów, regulują powitanie i formę zwracania się, nie pozwalają zaprzeczać sobie nawzajem bez przeprosin ani rozpoczynać listu słowem Ja; krótko mówiąc, wymagają przestrzegania pewnych reguł, aby tylko nie podejść do siebie »zbyt blisko«. Ich zadaniem jest wyrównywanie i wygładzanie obcowania, ułatwianie miłości bliźniego i miłości własnej oraz utrzymywanie niejako średniej temperatury stosunków międzyludzkich; takie przepisy istnieją w każdym społeczeństwie, w prymitywnym nawet częściej niż w wysoko cywilizowanym, ba, zna je także bezsłowna społeczność zwierząt, co łatwo odczytać z wielu jej ceremonii.
W myśl tych nakazów dystansu zabrania się jednak nie tylko natarczywie chwalić siebie, lecz również innych.
Powiedzieć komuś prosto w twarz, że jest geniuszem lub świętym, byłoby niemal równie potworne, jak twierdzić to o sobie; a brudzenie sobie twarzy i rwanie włosów z głowy nie byłoby według dzisiejszego odczucia lepsze niż znieważenie innego. Poprzestaje się na uwagach, że nie jest się akurat głupszym ani gorszym od innych, jak już wcześniej wspomniano!
Oczywiście to bezmierne i nieokiełznane wypowiedzi są objęte zakazem w uporządkowanych warunkach.
A skoro wcześniej była mowa o próżności, z jaką narody i partie wynoszą się dziś ze względu na swe oświecenie, trzeba teraz dodać, że wyżywająca się większość – dokładnie jak pojedynczy megaloman w swych marzeniach na jawie – zawłaszczyła nie tylko mądrość, lecz także cnotę i wydaje się sobie odważna, szlachetna, niezwyciężona, pobożna i piękna; oraz że istnieje w świecie szczególna skłonność ludzi do pozwalania sobie, gdy występują w wielkiej liczbie, na wszystko, czego zakazuje się im pojedynczo.
Te przywileje rozrośniętego My sprawiają dziś wręcz wrażenie, że narastająca cywilizacja i poskramianie jednostki mają być równoważone przez rosnącą w odpowiedniej proporcji decywilizację narodów, państw i związków przekonań; i najwyraźniej objawia się w tym zaburzenie afektu, zaburzenie równowagi uczuciowej, które w gruncie rzeczy poprzedza przeciwieństwo Ja i My, a także wszelką ocenę moralną. Ale czy to – trzeba chyba zapytać – jest jeszcze głupotą, czy ma z nią jeszcze w ogóle jakiś związek?
Szanowni słuchacze! Nikt w to nie wątpi!
Lecz zanim odpowiemy, zaczerpnijmy lepiej tchu przy przykładzie, który nie jest pozbawiony uroku! My wszyscy, choć przede wszystkim my, mężczyźni, a zwłaszcza wszyscy znani pisarze, znamy damę, która koniecznie chce nam powierzyć powieść swego życia i której dusza najwyraźniej zawsze znajdowała się w interesujących okolicznościach, choć nie doprowadziło to do żadnego wyniku, którego oczekuje raczej dopiero od nas.
Czy ta dama jest głupia? Coś wyłaniającego się z mnogości wrażeń zwykle nam szepcze: Jest! Ale zarówno grzeczność, jak i sprawiedliwość wymagają przyznania, że nie jest taka całkowicie i zawsze.
Wiele mówi o sobie i w ogóle wiele mówi.
Sądzi bardzo stanowczo i o wszystkim.
Jest próżna i nieskromna.
Często nas poucza.
Zwykle jej życie miłosne nie jest w porządku, a w ogóle życie nie bardzo jej się udaje.
Ale czy nie ma innych rodzajów ludzi, do których również odnosi się wszystko lub większość z tego?
Dużo mówić o sobie to na przykład także przywara egoistów, ludzi niespokojnych, a nawet pewnego rodzaju melancholików.
A wszystko to razem dotyczy przede wszystkim młodzieży; u niej wręcz do zjawisk wzrostu należy dużo mówić o sobie, być próżnym, pouczającym i nie radzić sobie dobrze z życiem, jednym słowem wykazywać dokładnie te same odstępstwa od mądrości i przyzwoitości, nie będąc z tego powodu głupią ani głupszą, niż w sposób naturalny wynika z tego, że jeszcze nie stała się mądra!
Szanowne Panie, Szanowni Panowie! Sądy codziennego życia i jego znajomości ludzi zazwyczaj wprawdzie trafiają, ale zwykle także obok. Nie powstały w trosce o właściwą naukę, lecz stanowią właściwie tylko duchowe ruchy zgody i obrony. Także ten przykład uczy więc jedynie, że coś może być głupie, ale nie musi, że znaczenie zmienia się wraz ze związkiem, w którym coś występuje, i że głupota jest gęsto spleciona z innymi rzeczami, choć nigdzie nie wystaje nić pozwalająca rozpruć tkaninę jednym pociągnięciem.
Nawet genialność i głupota są nierozerwalnie związane, a zakaz dużo mówić i dużo mówić o sobie pod groźbą uchodzenia za głupca ludzkość obchodzi w osobliwy sposób: przez poetę.
W imieniu ludzkości wolno mu opowiadać, że coś mu smakowało albo że słońce stoi na niebie, wolno mu odsłaniać siebie, zdradzać tajemnice, czynić wyznania, bezwzględnie zdawać osobisty rachunek (przynajmniej wielu poetów na to nalega!); i wszystko to wygląda dokładnie tak, jakby ludzkość w tym wyjątku pozwalała sobie na coś, czego poza tym by sobie zabraniała. W ten sposób bezustannie mówi o sobie i z pomocą poety opowiedziała te same historie i przeżycia już miliony razy, zmieniając jedynie okoliczności, choć nie wyniknął z tego dla niej żaden postęp ani przyrost sensu: Czy zatem w sposobie, w jaki posługuje się swą poezją i przystosowuje ją do tego użytku, nie powinna ostatecznie także znaleźć się pod podejrzeniem głupoty? Ja osobiście nie uważam tego bynajmniej za niemożliwe!
Między obszarami zastosowania głupoty i niemoralności – to ostatnie słowo rozumiane w nieużywanym dziś szerszym znaczeniu, niemal tożsamym z bezduchowością, lecz nie z brakiem rozsądku – istnieje w każdym razie zawikłana tożsamość i różnica. A ta przynależność jest bez wątpienia podobna do tego, jak Joh. Ed. Erdmann wyraził ją w ważnym miejscu wspomnianego wcześniej wykładu słowami, że brutalność jest »praktyką głupoty«. Powiedział: »Słowa nie są... jedynym przejawem stanu ducha. Ten sam objawia się również w czynach. Tak samo głupota. Nie tylko być głupim, lecz działać głupio, popełniać głupstwa« – a więc praktyka głupoty – »czyli głupota in Action, nazywamy brutalnością.« To ujmujące twierdzenie uczy nas ni mniej, ni więcej, że głupota jest błędem uczucia – bo brutalność przecież nim jest! I prowadzi nas prosto z powrotem ku owemu »zaburzeniu afektu« i »zaburzeniu równowagi uczuciowej«, które można już było napomknąć, choć nie znalazło wyjaśnienia.
Także wyjaśnienie zawarte w słowach Erdmanna nie może w pełni odpowiadać prawdzie; bo pomijając to, że było wymierzone jedynie w surowego, nieokrzesanego pojedynczego człowieka w przeciwieństwie do »wykształcenia« i bynajmniej nie obejmuje wszystkich form zastosowania głupoty, również brutalność nie jest tylko głupotą ani głupota tylko brutalnością. Dlatego w stosunku afektu do inteligencji, gdy łączą się w »głupotę stosowaną«, pozostaje jeszcze wiele do wyjaśnienia, co najpierw – i najlepiej znów na przykładach – trzeba wydobyć na jaw.
*
Aby kontury pojęcia głupoty ukazały się właściwie, trzeba przede wszystkim rozluźnić sąd, że głupota jest tylko lub głównie brakiem intelektu; wspomniano już przecież, że najogólniejsze wyobrażenie, jakie o niej mamy, zdaje się być wyobrażeniem zawodu przy najrozmaitszych czynnościach, fizycznego i duchowego braku w ogóle.
Istnieje na to wyrazisty przykład w naszych rodzimych dialektach: określenie niedosłuchu, a więc wady fizycznej, słowem »derisch« lub »terisch«, które zapewne znaczy »töricht«, czyli nierozsądny, i tym samym stoi blisko głupoty. Bo dokładnie tak jak tutaj zarzut głupoty stosowany jest ludowo także gdzie indziej.
Gdy zawodnik w decydującej chwili słabnie lub popełnia błąd, mówi potem: »Byłem jak zabity deskami!« albo: »Nie wiem, gdzie miałem głowę!«, choć udział głowy w pływaniu lub boksie można mimo wszystko uważać za nieostro odgraniczony. Podobnie wśród chłopców i kolegów sportowych ten, kto zachowuje się niezręcznie, będzie nazywany głupim, nawet jeśli jest Hölderlinem. Istnieją też stosunki handlowe, w których człowiek, który nie jest chytry i pozbawiony skrupułów, uchodzi za głupca. W sumie są to głupoty odpowiadające starszym formom mądrości niż ta, którą dziś publicznie otacza się czcią; a jeśli jestem dobrze poinformowany, w czasach starogermańskich nie tylko wyobrażenia moralne, lecz także pojęcia tego, co biegłe, doświadczone i mądre, czyli pojęcia intelektualne, pozostawały w związku z wojną i walką.
Tak więc każda mądrość ma swoją głupotę, a nawet psychologia zwierząt ustaliła w swoich testach inteligencji, że każdemu »typowi osiągnięcia« można przyporządkować »typ głupoty«.
Gdyby więc szukać najogólniejszego pojęcia mądrości, z tych porównań wynikłoby mniej więcej pojęcie sprawności, a wszystko, co niesprawne, można by wówczas niekiedy nazwać także głupim; w istocie tak właśnie jest, gdy sprawności odpowiadającej danej głupocie nie nazywa się dosłownie mądrością. To, jaka sprawność znajduje się przy tym na pierwszym planie i w danym czasie wypełnia treścią pojęcia mądrości i głupoty, zależy od formy życia.
W czasach osobistej niepewności pojęcie mądrości kształtować będą podstęp, przemoc, ostrość zmysłów i sprawność fizyczna; w czasach uduchowionego – z niestety koniecznymi zastrzeżeniami można również powiedzieć mieszczańskiego – nastawienia do życia ich miejsce zajmuje praca umysłowa. Ściślej mówiąc, powinna je zająć wyższa praca duchowa, lecz w biegu rzeczy powstała z tego przewaga sprawności intelektu, wypisana na pustej twarzy zabieganej ludzkości pod twardym czołem; i tak doszło do tego, że mądrość i głupotę odnosi się dziś, jak gdyby nie mogło być inaczej, wyłącznie do intelektu i stopni jego sprawności, choć jest to mniej lub bardziej jednostronne.
Ogólne wyobrażenie niesprawności, pierwotnie związane ze słowem głupi – zarówno w znaczeniu niesprawności do wszystkiego, jak i w znaczeniu dowolnej szczególnej niesprawności – ma też dość wyrazisty skutek, mianowicie taki, że »głupi« i »głupota«, ponieważ oznaczają ogólną niezdolność, mogą niekiedy zastąpić każde słowo, które miałoby oznaczać jakąś szczególną. Jest to jeden z powodów, dla których wzajemny zarzut głupoty jest dziś tak potwornie rozpowszechniony. (W innym związku także przyczyna, dla której pojęcie to tak trudno odgraniczyć, jak pokazały nasze przykłady.) Wystarczy spojrzeć na uwagi znajdujące się na marginesach bardziej wymagających powieści, które długo krążyły w niemal anonimowym obiegu bibliotek pożyczkowych; tutaj, gdzie czytelnik jest sam na sam z poetą, jego sąd najchętniej wyraża się słowem »głupie!« albo jego odpowiednikami, takimi jak »idiotyczne!«, »bzdura!«, »niewysłowiona głupota!« i podobne.
I podobnie są to pierwsze słowa oburzenia, gdy człowiek podczas przedstawień teatralnych lub wystaw obrazów występuje jako masa przeciw artyście i czuje się urażony.
Należałoby tu również wspomnieć słowo »kicz«, które jako pierwszy sąd wśród samych artystów jest popularniejsze niż jakiekolwiek inne; choć przynajmniej wedle mojej wiedzy nie da się określić jego pojęcia ani wyjaśnić jego zastosowania inaczej niż za pomocą czasownika »verkitschen«, który w użyciu dialektalnym znaczy mniej więcej »oddać poniżej ceny« albo »wyprzedać«. »Kicz« ma więc znaczenie zbyt taniego towaru lub towaru wyprzedażowego, i sądzę, że sens ten, przeniesiony oczywiście w sferę ducha, można przyjąć za podstawę zawsze, gdy słowo jest nieświadomie użyte właściwie.
Ponieważ towar wyprzedażowy i tandeta wchodzą do tego słowa głównie przez związane z nimi znaczenie towaru niesprawnego, niezdatnego, a niesprawność i niezdatność stanowią również podstawę użycia słowa głupi, nie będzie przesadą twierdzić, że mamy skłonność nazywać »jakoś głupim« wszystko, co nam nie odpowiada – szczególnie gdy poza tym udajemy, że szanujemy to jako wzniosłe lub pięknoduchowskie!
A dla określenia tego »jakoś« znamienne jest, że użycie wyrażeń oznaczających głupotę jest głęboko przeniknięte drugim użyciem, obejmującym równie niedoskonałe wyrażenia tego, co podłe i moralnie odrażające. Kieruje to spojrzenie z powrotem ku czemuś, co już raz zwróciło jego uwagę: wspólnocie losu pojęć »głupi« i »nieprzyzwoity«. Bo nie tylko »kicz«, estetyczne wyrażenie intelektualnego pochodzenia, lecz także moralne słowa »śmieci!«, »wstrętne!«, »okropne!«, »chorobliwe!«, »bezczelne!« są zalążkowymi, nierozwiniętymi krytykami sztuki i sądami o życiu.
Być może wyrażenia te zawierają jednak jeszcze pewien wysiłek duchowy, różnicę znaczenia, nawet gdy używa się ich bez rozróżnienia; wtedy w ich miejsce jako ostatni wkracza naprawdę już na wpół bezsłowny okrzyk »Co za podłość!«, który zastępuje wszystko inne i może dzielić panowanie nad światem z okrzykiem »Co za głupota!«. Najwyraźniej te dwa słowa mogą niekiedy zastąpić wszystkie inne, ponieważ »głupi« przyjął znaczenie ogólnej niesprawności, a »podły« ogólnego naruszenia moralnego; i gdy podsłuchać, co ludzie mówią dziś o sobie nawzajem, autoportret ludzkości, jaki bez nadzoru powstaje z wzajemnych fotografii grupowych, zdaje się być zmieszany wyłącznie z odmian tych dwóch brudnobarwnych słów!
Być może warto to przemyśleć. Bez wątpienia oba przedstawiają najniższy szczebel niewykształconego sądu, jeszcze całkowicie nieukształtowaną krytykę, która wprawdzie czuje, że coś jest nie tak, lecz nie potrafi powiedzieć co. Użycie tych słów jest najprostszym i najgorszym wyrażeniem obronnym, jakie można znaleźć; jest początkiem odpowiedzi i zarazem jej końcem. Ma w sobie coś ze »zwarcia« i staje się bardziej zrozumiałe, jeśli uwzględnić, że Głupi i Podły, cokolwiek miałyby znaczyć, używane są także jako wyzwiska.
Znaczenie wyzwisk nie tkwi bowiem, jak wiadomo, tak bardzo w ich treści, jak w ich użyciu; wielu z nas może lubić osły, ale poczuje się obrażonych, gdy ktoś ich tak nazwie. Wyzwisko nie reprezentuje tego, co przedstawia, lecz mieszaninę wyobrażeń, uczuć i zamiarów, której w najmniejszym stopniu nie potrafi wyrazić, a tylko ją zasygnalizować. Nawiasem mówiąc, dzieli to z modnymi i obcymi słowami, dlatego wydają się one niezbędne, nawet gdy można by je całkowicie zastąpić. Z tego powodu w wyzwiskach jest też coś niewyobrażalnie podniecającego, co wprawdzie odpowiada ich zamiarowi, ale nie treści; najwyraźniej zaś widać to być może w młodzieżowych słowach drwiny i zaczepki: Dziecko może powiedzieć »Busch!« albo »Moritz!« i doprowadzić tym drugie do szału na podstawie tajemnych powiązań.
To, co można w ten sposób powiedzieć o wyzwiskach, zaczepkach, słowach modnych i obcych, można też powiedzieć o dowcipach, hasłach i słowach miłości; wspólne wszystkim tym skądinąd tak różnym słowom jest to, że służą afektowi i że właśnie ich niedokładność i nieprzedmiotowość pozwalają im w użyciu wypierać całe obszary słów trafniejszych, bardziej rzeczowych i poprawniejszych. Najwyraźniej życie odczuwa czasem taką potrzebę i należy pozostawić jej wartość; ale to, co w takich przypadkach się dzieje, jest niewątpliwie głupie, podąża niejako tymi samymi drogami co głupota. Związek ten można najwyraźniej studiować na głównym i państwowym przykładzie bezmyślności: panice.
Gdy na człowieka działa coś, co jest dla niego zbyt silne, czy to nagły przestrach, czy długotrwały nacisk psychiczny, zdarza się, że człowiek ten nagle robi »coś bez głowy«. Może zacząć ryczeć, w gruncie rzeczy nie inaczej niż dziecko, może »na oślep« uciekać przed niebezpieczeństwem albo równie ślepo rzucić się w nie; może go opanować pękająca skłonność do niszczenia, wymyślania lub lamentu. W sumie zamiast celowego działania, którego wymaga jego sytuacja, wytworzy mnóstwo innych, pozornie zawsze, lecz nader często również rzeczywiście bezcelowych, a nawet przeciwnych celowi. Ten rodzaj przeciwgry najlepiej znamy z »panicznego strachu«; lecz jeśli słowa tego nie rozumieć zbyt wąsko, można także mówić o panice gniewu, żądzy, a nawet czułości, jak wszędzie tam, gdzie stan pobudzenia nie może się nasycić w sposób równie żywy, jak ślepy i bezsensowny.
To, że istnieje panika odwagi, różniąca się od paniki strachu jedynie odwrotnym kierunkiem działania, już dawno zauważył człowiek równie błyskotliwy, co odważny.
Psychologicznie to, co dzieje się w chwili nadejścia paniki, uważa się za zawieszenie inteligencji i w ogóle wyższej organizacji duchowej, w miejsce której ujawnia się starszy mechanizm psychiczny; należy jednak dodać, że wraz z paraliżem i odcięciem intelektu nie dochodzi w takich przypadkach tyle do osunięcia się ku działaniu instynktownemu, ile raczej do ruchu przechodzącego przez ten obszar aż do instynktu najwyższej potrzeby i ostatecznej awaryjnej formy działania. Ten sposób działania ma postać całkowitego zamętu, jest pozbawiony planu i zdaje się opuszczony przez rozum oraz każdy zbawczy instynkt; lecz jego nieświadomy plan polega na zastąpieniu jakości działań ich liczbą, a niemała przebiegłość opiera się na prawdopodobieństwie, że wśród stu ślepych prób będących pudłami znajdzie się także trafienie. Człowiek, który stracił głowę, owad, który tak długo uderza w zamkniętą połowę okna, aż przypadkiem »wypadnie« na wolność przez otwartą, nie robią w zamęcie nic innego niż technika wojenna z wyrachowanym namysłem, gdy »pokrywa« cel nawałą ognia lub ogniem rozproszonym, a nawet już wtedy, gdy używa szrapnela lub granatu.
Innymi słowy oznacza to zastąpienie ukierunkowanego działania działaniem zakrojonym na wielką skalę; a nic nie jest tak ludzkie jak zastępowanie jakości słów lub czynów ich ilością.
W użyciu niejasnych słów jest jednak coś bardzo podobnego do użycia wielu słów, bo im bardziej niejasne jest słowo, tym większy jest zakres tego, do czego można je odnieść; to samo dotyczy nieprzedmiotowości.
Jeśli są one głupie, to przez nie głupota jest spokrewniona ze stanem paniki, a także nadmierne użycie tego zarzutu i jemu podobnych nie będzie zbyt dalekie od psychicznej próby ratunku za pomocą archaiczno-prymitywnych – i, jak można chyba słusznie powiedzieć, chorobliwych – metod. I rzeczywiście w trafnym użyciu zarzutu, że coś jest naprawdę głupotą lub podłością, można rozpoznać nie tylko zawieszenie inteligencji, lecz także ślepą skłonność do bezsensownego niszczenia lub ucieczki. Słowa te nie są tylko wyzwiskami, lecz reprezentują cały napad wymyślania. Gdzie coś można wyrazić już tylko za ich pomocą, tam blisko jest przemoc. Wracając do wcześniej wspomnianych przykładów, w takich przypadkach obrazy atakuje się parasolami (w dodatku zamiast tego, kto je namalował), książki rzuca się na ziemię, jak gdyby można je było w ten sposób odtruć. Obecny jest jednak również obezwładniający nacisk, który to poprzedza i od którego ma uwolnić: człowiek »niemal dusi się« ze złości; »żadne słowo nie wystarcza« oprócz właśnie najogólniejszych i najuboższych w sens; »odbiera mu mowę«, musi »dać upust«. Jest to stopień bezsłowności, a nawet bezmyślności, który poprzedza pęknięcie! Oznacza on ciężki stan niedostateczności, a w końcu wybuch zwykle rozpoczynają głęboko przejrzyste słowa, że komuś »coś wreszcie stało się zbyt głupie«. Tym czymś jest jednak on sam. W czasach, gdy wielką, zdecydowaną siłę działania bardzo się ceni, trzeba pamiętać również o tym, co czasem jest do niej łudząco podobne.
*
Szanowne Panie, Szanowni Panowie! Dziś mówi się często o kryzysie zaufania ludzkości, kryzysie zaufania pokładanego dotychczas w człowieczeństwie; można by go też nazwać paniką, która ma zająć miejsce pewności, że jesteśmy zdolni prowadzić swoje sprawy w wolności i z rozumem. I nie wolno nam łudzić się co do tego, że te dwa pojęcia moralne, a także moralno-artystyczne, wolność i rozum, które dotarły do nas jako znaki godności ludzkiej z klasycznej epoki niemieckiego kosmopolityzmu, już od połowy dziewiętnastego wieku lub nieco później nie były całkiem zdrowe. Stopniowo »wyszły z obiegu«, nie wiedziano już, co z nimi »począć«, a to, że pozwolono im się skurczyć, było w mniejszym stopniu dziełem ich przeciwników niż przyjaciół.
Nie wolno nam więc również łudzić się, że my lub ci, którzy przyjdą po nas, powrócimy zapewne do tych niezmienionych wyobrażeń; naszym zadaniem i sensem prób nałożonych na ducha będzie raczej – i jest to tak rzadko rozumiane, boleśnie pełne nadziei zadanie każdego pokolenia – dokonać zawsze koniecznego, a nawet bardzo pożądanego przejścia ku nowemu z możliwie najmniejszymi stratami! A tym bardziej że zaniechano przejścia do zachowanych w zmienionej postaci idei, które musiało nastąpić we właściwym czasie, potrzebujemy przy takim działaniu pomocnych wyobrażeń o tym, co prawdziwe, rozumne, znaczące, mądre, a więc w odwróconym odbiciu także o tym, co głupie. Jakie pojęcie lub pojęcie cząstkowe głupoty można jednak utworzyć, gdy chwieją się pojęcia intelektu i mądrości? Jako mały przykład tego, jak bardzo poglądy zmieniają się wraz z czasami, chciałbym tylko podać, że w dawniej bardzo znanym podręczniku psychiatrii pytanie:
»Czym jest sprawiedliwość?«
i odpowiedź na nie:
»że drugi zostaje ukarany!«
przytaczano jako przypadek niedorozwoju umysłowego, podczas gdy dziś stanowią podstawę szeroko omawianego poglądu prawnego. Obawiam się zatem, że nawet najskromniejszych wywodów nie będzie można zakończyć bez choćby wskazania na rdzeń niezależny od przemian czasu. Wynika stąd jeszcze kilka pytań i uwag.
Nie mam prawa występować jako psycholog i nie chcę tego robić, ale przynajmniej pobieżne spojrzenie na tę naukę jest chyba pierwszą rzeczą, od której w naszym przypadku będzie się oczekiwać pomocy. Dawniejsza psychologia rozróżniała wrażenie, wolę, uczucie i zdolność przedstawiania sobie albo inteligencję, i dla niej było jasne, że głupota jest niskim stopniem inteligencji. Dzisiejsza psychologia pozbawiła jednak znaczenia elementarne rozróżnienie władz duszy, rozpoznała wzajemną zależność i przenikanie się rozmaitych czynności psychicznych i – uczyniła tym samym odpowiedź na pytanie, co głupota oznacza psychologicznie, znacznie mniej prostą.
Także według dzisiejszego poglądu istnieje oczywiście warunkowa samodzielność sprawności intelektualnej, lecz nawet w najspokojniejszych warunkach uwaga, pojmowanie, pamięć i inne rzeczy, niemal wszystko, co należy do intelektu, zależą prawdopodobnie również od właściwości usposobienia; ponadto zarówno w poruszonym, jak i uduchowionym przeżyciu dochodzi do drugiego przenikania się inteligencji i afektu, niemal niemożliwego do rozdzielenia. A ta trudność w oddzieleniu intelektu od uczucia w pojęciu inteligencji odzwierciedla się naturalnie także w pojęciu głupoty; gdy zaś na przykład psychologia medyczna opisuje myślenie ludzi słabych umysłowo słowami: ubogie, niedokładne, niezdolne do abstrakcji, niejasne, powolne, rozpraszające się, powierzchowne, jednostronne, sztywne, rozwlekłe, nadmiernie ruchliwe, chaotyczne, można bez trudu rozpoznać, że właściwości te wskazują częściowo na intelekt, częściowo na uczucie.
Można więc powiedzieć: Głupota i mądrość zależą zarówno od intelektu, jak i od uczucia; a czy bardziej od jednego, czy od drugiego, czy na przykład w niedorozwoju umysłowym słabość inteligencji »znajduje się na pierwszym planie«, czy u niejednego poważanego rygorysty moralnego paraliż uczucia, można pozostawić fachowcom, podczas gdy my, laicy, musimy radzić sobie nieco swobodniej.
W życiu przez człowieka głupiego rozumie się zazwyczaj kogoś, kto jest »trochę słaby na umyśle«. Ponadto istnieją jednak najrozmaitsze odchylenia duchowe i psychiczne, przez które nawet nienaruszona wrodzona inteligencja może być tak hamowana, krzyżowana i wprowadzana w błąd, że całość prowadzi do czegoś, dla czego język ma znowu do dyspozycji jedynie słowo głupota. Słowo to obejmuje więc dwa zasadniczo bardzo różne rodzaje: uczciwą i prostą głupotę oraz inną, która, nieco paradoksalnie, jest nawet oznaką inteligencji. Pierwsza opiera się raczej na słabym intelekcie, druga na intelekcie, który jest jedynie zbyt słaby w stosunku do czegoś, i ta ostatnia jest zdecydowanie niebezpieczniejsza.
Uczciwa głupota jest nieco ciężka w pojmowaniu i ma, jak to się mówi, »opóźniony zapłon«. Jest uboga w wyobrażenia i słowa oraz niezręczna w ich używaniu.
Woli to, co zwyczajne, ponieważ przez częste powtarzanie mocno się to w niej utrwala, a gdy raz coś pojęła, nie jest skłonna pozwolić, by tak szybko znów jej to odebrano, poddano analizie albo by sama przy tym majstrowała. Ma w ogóle niemało z czerwonych policzków życia! Wprawdzie często jest nieokreślona w myśleniu i jej myśli łatwo zupełnie zamierają wobec nowych doświadczeń, lecz za to najchętniej trzyma się tego, czego można doświadczyć zmysłowo i co można niejako policzyć na palcach. Jednym słowem, jest drogą »jasną głupotą« i gdyby nie była niekiedy także tak łatwowierna, niejasna, a zarazem tak niepodatna na naukę, że może doprowadzić człowieka do rozpaczy, byłaby niezwykle wdzięcznym zjawiskiem.
Nie mogę sobie odmówić ozdobienia tego zjawiska kilkoma przykładami, które pokazują je także z innych stron i które zaczerpnąłem z podręcznika psychiatrii Bleulera: Człowiek upośledzony umysłowo wyraża to, co my załatwilibyśmy formułą »lekarz przy łóżku chorego«, słowami:
»Jeden mężczyzna, on trzyma drugiego za rękę, ten leży w łóżku, potem stoi tam zakonnica.«
Jest to sposób wyrażania się malującego prymitywa!
Niezbyt rozgarnięta służąca uważa za kiepski żart, gdy żąda się od niej, by powierzyła swe oszczędności kasie, gdzie przynosiłyby odsetki: Nikt nie byłby tak głupi, żeby jeszcze jej płacić za to, że przechowuje jej pieniądze! odpowiada; wyraża się w tym rycerskie usposobienie, stosunek do pieniędzy, który w mojej młodości można było jeszcze pojedynczo dostrzec u dostojnych starszych ludzi!
Trzeciemu wreszcie upośledzonemu umysłowo zapisuje się jako objaw na niekorzyść to, że twierdzi, iż moneta dwumarkowa jest mniej warta niż moneta jednomarkowa i dwie połówki, bo – jak uzasadnia – trzeba ją rozmienić, a wtedy dostaje się za mało!
Mam nadzieję, że nie jestem jedynym upośledzonym umysłowo na tej sali, który serdecznie zgadza się z tą teorią wartości dla ludzi nieumiejących uważać przy rozmienianiu!
Lecz żeby jeszcze raz powrócić do stosunku do sztuki: Prosta głupota jest naprawdę często artystką. Zamiast odpowiadać na słowo-bodziec innym słowem, jak niegdyś było bardzo zwyczajne w niektórych eksperymentach, odpowiada od razu całymi zdaniami; i można mówić, co się chce, te zdania mają w sobie coś z poezji! Powtarzam kilka takich odpowiedzi, najpierw podając słowo-bodziec:
»Zapalać: Piekarz zapala drewno.
Zima: Składa się ze śniegu.
Ojciec: Kiedyś zrzucił mnie ze schodów.
Wesele: Służy rozrywce.
Ogród: W ogrodzie zawsze jest ładna pogoda.
Religia: Kiedy chodzi się do kościoła.
Kim był Wilhelm Tell: Grano go w lesie; były tam przebrane kobiety i dzieci.
Kim był Piotr: Zapiał trzy razy.«
Naiwność i wielka cielesność takich odpowiedzi, zastępowanie wyższych wyobrażeń opowiadaniem prostej historii, ważkie opowiadanie o rzeczach zbędnych, okolicznościach i dodatkach, a potem znów skrótowe zagęszczenie jak w przykładzie z Piotrem – to pradawne praktyki poezji; i choć sądzę, że nadmiar tego, jak jest dziś w szerokim użyciu, zbliża poetę do idioty, to jednak poetyckości tego ostatniego nie da się zaprzeczyć, a rzuca to światło na fakt, że idiotę można w poezji przedstawiać ze szczególną radością z jego ducha.
Wobec tej uczciwej głupoty stoi teraz wymagająca głupota wyższa w prawdziwie aż nazbyt często krzykliwym przeciwieństwie. Jest ona nie tyle brakiem inteligencji, ile raczej jej zawodzeniem z tego powodu, że rości sobie prawo do osiągnięć, które jej się nie należą; może mieć wszystkie złe właściwości słabego intelektu, ale ponadto także wszystkie te, które wywołuje usposobienie pozbawione równowagi, wybujałe, nierówno ruchliwe, krótko mówiąc każde usposobienie odbiegające od zdrowia.
Ponieważ nie istnieją »znormalizowane« usposobienia, w odchyleniu tym wyraża się, ściślej mówiąc, niewystarczające współdziałanie między jednostronnościami uczucia a intelektem, który nie wystarcza do ich okiełznania. Ta wyższa głupota jest właściwą chorobą wykształcenia (lecz aby zapobiec nieporozumieniu: oznacza brak wykształcenia, błędne wykształcenie, niewłaściwie powstałe wykształcenie, dysproporcję między materiałem a siłą kształcenia), a opisanie jej jest zadaniem niemal nieskończonym. Sięga aż w najwyższą duchowość; bo jeśli prawdziwa głupota jest cichą artystką, to inteligentna jest tym, co współdziała w ruchliwości życia ducha, lecz przede wszystkim w jego niestałości i bezowocności. Już przed laty pisałem o niej: »Nie istnieje po prostu żadna znacząca myśl, której głupota nie umiałaby zastosować; jest ruchliwa we wszystkich kierunkach i może przywdziać wszystkie szaty prawdy. Prawda natomiast ma za każdym razem tylko jedną szatę i jedną drogę i zawsze znajduje się w gorszym położeniu.«
Głupota, o której tu mowa, nie jest chorobą psychiczną, a jednak jest najniebezpieczniejszą dla życia chorobą ducha, niebezpieczną dla samego życia.
Z pewnością wszyscy powinniśmy tropić ją już w sobie, a nie dopiero rozpoznawać po jej wielkich historycznych wybuchach.
Ale po czym ją rozpoznać? I jakie niezatarte piętno na niej odcisnąć?! Psychiatria używa dziś jako głównej cechy przypadków, które jej dotyczą, niezdolności do odnalezienia się w życiu, zawodzenia wobec wszystkich zadań, jakie ono stawia, albo nagle wobec jednego, gdzie nie należałoby się tego spodziewać. Także w psychologii eksperymentalnej, która zajmuje się przede wszystkim zdrowymi, głupotę definiuje się podobnie. »Głupim nazywamy zachowanie, które nie dokonuje osiągnięcia, dla którego wszystkie warunki poza osobistymi są dane«, pisze znany przedstawiciel jednej z najnowszych szkół tej nauki. Ta cecha zdolności do rzeczowego zachowania, a więc sprawności, nie pozostawia nic do życzenia w jednoznacznych »przypadkach« kliniki lub stacji doświadczalnej z małpami; ale swobodnie chodzące »przypadki« wymagają kilku uzupełnień, ponieważ prawidłowe lub błędne »dokonanie osiągnięcia« nie zawsze jest u nich tak oczywiste.
Po pierwsze, w zdolności do zachowywania się zawsze tak, jak czyni to człowiek sprawny życiowo w danych okolicznościach, tkwi już cała wyższa dwuznaczność mądrości i głupoty; bo zachowanie »stosowne do rzeczy«, »fachowe« może używać rzeczy dla osobistej korzyści albo jej służyć, a ten, kto robi jedno, zwykle uważa za głupiego tego, kto robi drugie. (Ale medycznie głupi jest właściwie tylko ten, kto nie potrafi ani jednego, ani drugiego.)
Po drugie, nie da się również zaprzeczyć, że zachowanie nieprzedmiotowe, a nawet niecelowe, może być często konieczne; obiektywność i bezosobowość, subiektywność i nieprzedmiotowość są bowiem spokrewnione, i tak śmieszna jak beztroska subiektywność, tak niemożliwe dla życia, a nawet dla myślenia, jest oczywiście zachowanie całkowicie obiektywne. Równoważenie obu jest nawet jedną z głównych trudności naszej kultury.
I wreszcie można by jeszcze zarzucić, że czasami nikt nie zachowuje się tak mądrze, jak byłoby trzeba, że każdy z nas jest zatem, jeśli nie zawsze, to od czasu do czasu głupi. Dlatego należy też rozróżniać między zawodem a niezdolnością, głupotą sporadyczną lub funkcjonalną a trwałą lub konstytucjonalną, między pomyłką a brakiem rozumu. Należy to do rzeczy najważniejszych, ponieważ warunki życia są dziś tak nieprzejrzyste, tak trudne, tak zagmatwane, że z okazjonalnych głupstw jednostek łatwo może powstać konstytucjonalna głupota ogółu.
Obserwacja prowadzi więc ostatecznie również poza obszar cech osobistych ku wyobrażeniu społeczeństwa obciążonego wadami duchowymi. Tego, co psychologicznie i realnie dzieje się w jednostce, nie można wprawdzie przenieść na społeczeństwa, a więc także chorób psychicznych i głupoty; lecz dziś można by chyba często mówić o »społecznym naśladowaniu defektów duchowych«. Przykłady tego są dość natarczywe.
*
Tymi uzupełnieniami obszar wyjaśnienia psychologicznego został oczywiście ponownie przekroczony. Ono samo uczy nas, że mądre myślenie ma określone właściwości, takie jak jasność, dokładność, bogactwo, elastyczność mimo stałości i wiele innych, które można by wyliczać; oraz że właściwości te są częściowo wrodzone, częściowo zaś nabywa się je obok przyswajanej wiedzy także jako rodzaj sprawności myślenia; dobry intelekt i sprawna głowa znaczą przecież mniej więcej to samo. Nie ma tu do pokonania niczego oprócz bezwładu i predyspozycji, to również można ćwiczyć, a komiczne słowo »sport myślowy« nie wyraża wcale tak źle tego, o co chodzi.
»Inteligentna« głupota ma natomiast za przeciwnika nie tyle intelekt, ile ducha, a jeśli nie chce się przez to rozumieć tylko zbiorowiska uczuć, także usposobienie. Ponieważ myśli i uczucia poruszają się wspólnie, ale także ponieważ wyraża się w nich ten sam człowiek, pojęcia takie jak ciasnota, rozległość, ruchliwość, prostota i wierność można stosować zarówno do myślenia, jak i czucia; i choć powstający z tego związek nie jest jeszcze całkiem jasny, wystarcza to jednak, by powiedzieć, że także intelekt należy do usposobienia i że nasze uczucia nie pozostają bez związku z mądrością i głupotą.
Przeciw tej głupocie trzeba działać przykładem i krytyką.
Przedstawiony w ten sposób pogląd odbiega od zwykłej opinii, która bynajmniej nie jest błędna, ale skrajnie jednostronna i zgodnie z którą głębokie, prawdziwe usposobienie nie potrzebowałoby intelektu, a wręcz byłoby przezeń jedynie zanieczyszczane.
Prawda jest taka, że u ludzi prostych pewne cenne właściwości, jak wierność, stałość, czystość uczucia i podobne, występują bez domieszki, lecz czynią to właściwie tylko dlatego, że konkurencja innych jest słaba; a graniczny przypadek tego ujrzeliśmy wcześniej w obrazie przyjaźnie potakującej ograniczoności. Nic nie jest mi dalsze niż zamiar poniżania tymi wywodami dobrego, prawego usposobienia – jego brak ma nawet niemały udział w wyższej głupocie! – lecz jeszcze ważniejsze jest dziś postawienie przed nim pojęcia tego, co znaczące, o czym wspominam wprawdzie już tylko całkowicie utopijnie.
To, co znaczące, łączy prawdę, którą możemy w nim dostrzec, z właściwościami uczucia, którym ufamy, w coś nowego, w poznanie, ale też w decyzję, w odnowioną wytrwałość, w coś, co ma treść duchową i psychiczną i »wymaga« od nas lub od innych określonego zachowania; tak można by powiedzieć. A co w związku z głupotą jest najważniejsze: To, co znaczące, jest dostępne krytyce zarówno od strony intelektu, jak i uczucia. To, co znaczące, jest także wspólnym przeciwieństwem głupoty i brutalności, a ogólna dysproporcja, w której afekty miażdżą dziś rozum zamiast dodawać mu skrzydeł, stapia się w pojęciu znaczenia. Dość o nim, a może już więcej, niż dałoby się uzasadnić! Bo gdyby trzeba było jeszcze coś dodać, mogłoby to być tylko jedno: Wszystko, co powiedziano, bynajmniej nie dostarczyło pewnej cechy rozpoznawczej i rozróżniającej tego, co znaczące, a zapewne niełatwo byłoby też podać cechę całkowicie wystarczającą.
Lecz właśnie to prowadzi nas do ostatniego i najważniejszego środka przeciw głupocie: do skromności.
Niekiedy wszyscy jesteśmy głupi; niekiedy musimy także działać ślepo lub na wpół ślepo, bo inaczej świat by stanął; a gdyby ktoś chciał z niebezpieczeństw głupoty wywieść zasadę: »Powstrzymuj się od wszelkiego sądu i decyzji w sprawach, na których nie znasz się dostatecznie!«, skamienielibyśmy! Ale ta sytuacja, wokół której robi się dziś sporo hałasu, przypomina taką, która od dawna jest nam znana w dziedzinie intelektu. Ponieważ bowiem nasza wiedza i umiejętności są niedoskonałe, we wszystkich naukach musimy w gruncie rzeczy sądzić przedwcześnie; ale staramy się i nauczyliśmy się utrzymywać ten błąd w znanych granicach oraz przy sposobności go poprawiać, dzięki czemu do naszego działania powraca jednak poprawność.
Właściwie nic nie przemawia przeciwko przeniesieniu tego ścisłego i dumnie pokornego sądzenia oraz działania także na inne dziedziny; i sądzę, że postanowienie: »Działaj tak dobrze, jak potrafisz, i tak źle, jak musisz, pozostając przy tym świadomym granic błędu swojego działania!« byłoby już połową drogi ku obiecującemu ukształtowaniu życia.
Ale wraz z tymi wskazówkami już od pewnego czasu znajduję się u kresu swoich wywodów, które, jak uprzedziłem dla własnej ochrony, miały stanowić jedynie studium wstępne. I z nogą na granicy oświadczam, że nie jestem w stanie iść dalej; bo jeden krok poza punkt, w którym się zatrzymujemy, a wyszlibyśmy z dziedziny głupoty, która nawet teoretycznie wciąż jest urozmaicona, do królestwa mądrości, krainy pustej i na ogół omijanej.
Wykład na zaproszenie austriackiego Werkbundu, wygłoszony w Wiedniu 11 marca i powtórzony 17 marca 1937 roku.
Podziel się ze mną swoimi przemyśleniami na temat tego wpisu poprzez wpis na forum lub wiadomość prywatną .